niedziela, 14 maja 2017

5. Szantaż

Jak dobrze było po raz kolejny znaleźć się w ukochanym zamku! Mawiali, że dom rodzinny to najlepsze miejsce pod słońcem, ale zdaniem piętnastoletniej Victoire prawdziwy raj stanowił Hogwart — z tysiącem korytarzy, sekretnych przejść, sal lekcyjnych, ruchomych schodów, obrazów, dziedzińców, ze starymi murami, z magią tętniącą w każdym calu podłóg.
O tak. Nie ma to jak powroty do domu.
Victoire padła na łóżko, nie przejmując się tym, że nadal jest w ubraniach. Wpatrzyła się w znajomy baldachim, pokryty srebrnymi, migoczącymi gwiazdkami. Przeciągnęła się; szczęście buzowało w niej niczym bąbelki najlepszego szampana.
— Vic, zajmuję łazienkę! — usłyszała głos Ariany i machnęła ręką na znak, że się zgadza. Nie spieszyło jej się teraz pod prysznic.
Pozostałe dwie lokatorki ich pokoju, Mary i Charlotte, zniknęły zaraz po uczcie powitalnej. Blondynka mogła tylko podejrzewać, że poszły polować na przystojnych Puchonów z siódmego roku, których wypatrzyły już pod koniec lata. Cóż, zdecydowanie nie byli w typie Victoire.
To jej przypomniało o kartach, które wciąż spoczywały w kieszeni. Wyciągnęła je teraz, dziwiąc się, że żadna z nich się nie pogniotła. Król i Królowa trwali na swoich pozycjach, niewzruszeni, nieruchomi. Dama Kier uśmiechała się z wyższością, a Król Pik patrzył srogo gdzieś na lewo. Victoire powiodła za nim wzrokiem, ale, tak jak się spodziewała, nie ujrzała niczego nadzwyczajnego. Ot, łóżka współlokatorek, jakieś babskie rzeczy na pościeli, to wszystko.
Pomyślała, że mogłaby teraz zostawić gdzieś Króla. Czy mogła być ku temu lepsza pora? Większość uczniów znajdowała się już w dormitoriach, zmęczona po podróży, a do ciszy nocnej pozostały jeszcze dobre dwie godziny. Już nie mówiąc o tym, że prefekci nie mieli ustalonych dyżurów, a nauczyciele pierwszego dnia zawsze patrzyli jakoś tak… przychylniej.
Podniosła się z łóżka, ściskając mocno w dłoni obie karty. Spojrzała na drzwi prowadzące do łazienki i machnęła ręką. Uznała, że nie ma sensu informować Ariany o tym, że wychodzi; przyjaciółka pewnie i tak by nie usłyszała. Zresztą istniała duża szansa, że Victoire wróci, zanim łazienka się zwolni.
Pozdrowiła kilku znajomych siedzących w pokoju wspólnym, po czym wreszcie wydostała się z Wieży.
Korytarze były o tej porze puste i ciemne, oświetlone wątłym światłem świec; tylko nieliczne doświadczały jeszcze ciepła promieni zachodzącego słońca. Victoire lubiła spacerować w mroku, więc cienie na ścianach zupełnie jej nie przerażały.
Zawędrowała na trzecie piętro, pogrążona w rozmyślaniach. Spotkała po drodze parę osób, mniej lub bardziej znanych, ale tutaj, w okolicy sal lekcyjnych, nie ostał się już nikt. Nie żeby to kogokolwiek dziwiło — w końcu kto chciałby siedzieć w okolicy klas w dniu przyjazdu do Hogwartu, kiedy jeszcze (pozornie) byli wolni od zajęć?
Zatrzymała się, uznając, że to równie dobre miejsce na zostawienie karty, jak każde inne. Stwierdziła, że kąt pod oknem będzie się idealnie nadawał. Nie chciała rzucać Króla na środek korytarza, gdzie by zginął pod butami uczniów, ale wolała też, żeby nie leżał na korytarzu zbyt długo, żeby został zauważony. Z tego względu podłoga odpadała, więc ostatecznie Vi zostawiła kartę na parapecie, wierząc, że odpowiednia osoba w porę ją dostrzeże i weźmie.
Merlin jeden wie, czy nie powinna zostawić Króla w mniej uczęszczanym miejscu. Bała się go zostawiać tam, gdzie równie dobrze pierwszy lepszy uczeń mógłby go podnieść. Bardzo chciała, żeby to zrobił jakiś fajny chłopak, więc może… (Nie, wcale nie miała na myśli Teddy’ego). Czuła dreszcz ekscytacji na samą myśl o tym. Może podniesie go jakiś przystojny siódmoklasista i skradnie jej serce? (Może dzięki temu wreszcie by się uwolniła).
Rumieniąc się na samą myśl o Lupinie, przeniosła kartę nieco w głąb korytarza, dalej od klasy zaklęć. Odłożyła ją na parapet, zatrzymując w pamięci poważne spojrzenie namalowanego władcy, i odeszła, ściskając w dłoni Damę. 


Bill zdziwił się, gdy sowa upuściła list do jego owsianki. Ich domowe ptaki nigdy się w ten sposób nie zachowywały; nawet przy otwartym oknie grzecznie siadały na parapecie i czekały, aż któryś z domowników odbierze list, po czym odlatywały do karmnika.
A ta sowa… Przysiadła na stole, obok porannej gazety, i łypała na Billa prowokująco swoimi okropnymi, żółtymi ślepiami.
Z westchnieniem wydobył list z miski i osuszył go różdżką. Nie spodziewał się dzisiaj żadnej poczty, zresztą korespondencja do niego i tak przychodziła na adres służbowy, a nie domowy. Na kopercie nie było adresu nadawcy, ktoś wypisał jedynie imię oraz nazwisko Billa. Obejrzał ją z góry na dół i rzucił na nią wszelkie zaklęcia wykrywające magiczne uroki; jako ich łamacz wiedział, ile niebezpieczeństwa może nieść niepozorny skrawek papieru. Nie wykrył niczego podejrzanego, więc otworzył kopertę, wciąż trzymając różdżkę w ręce.
List został napisany schludnym i równym pismem, zapewne kobiecym. Jego treść spowodowała u Billa najpierw uniesienie brwi, a potem niepokój. Nadawca się nie podpisał imieniem i nazwiskiem, ale mężczyzna mógł bez trudu zgadnąć, że autorem był ktoś z bandy próbującej się w ostatnim tygodniu włamać do Gringotta. I najwyraźniej mieli w swoim składzie kobietę.
Przeczytał treść listu jeszcze raz.
„Szanowny Panie Weasley,
mamy dla Pana propozycję nie do odrzucenia. Proponujemy wymianę. Książka ze skrytki numer czterdzieści sześć musi trafić w nasze ręce, a w zamian oferujemy się pozostawić w spokoju Pańską córkę, Victoire, i jej życiu nic nie będzie z naszej strony zagrażało. Prosimy o szybką informację zwrotną. Sowa dostarczy list tam, gdzie trzeba.
Serdeczne pozdrowienia, Panie Weasley!
Złodzieje”.
Naprawdę nie wierzył w to, że ktokolwiek mógłby zrobić Victoire krzywdę, nie w Hogwarcie. Nikt by się na to nie odważył pod nosem dyrektorki, profesor McGonagall. Chyba że Victoire sama wyszłaby poza teren zamku… Nie, nie wierzył w to, ale na wszelki wypadek wysłał do córki liścik z prośbą, żeby nie opuszczała Hogwartu, a jeżeli już musi to zrobić — żeby zawsze szła z kimś, najlepiej z kilkoma osobami. Nie chciał jej na razie straszyć informacją, że może się znaleźć w niebezpieczeństwie. Mury zamku mogły ją ochronić, jeżeli będzie uważała.
Cóż, musiał zacząć działać i ukręcić mantykorze kark, zanim zacznie śpiewać. Odpisał na list i za pomocą sieci Fiuu przeniósł się do Ministerstwa. Musiał pogadać z Harrym i poprosić o dodatkowe wsparcie aurorów.
Jego plan był taki, żeby wciągnąć niedoszłych złodziei w pułapkę — umówić się z nimi na spotkanie, obstawić miejsce spotkania czarodziejami z wydziału Harry’ego, przynieść książkę, poczekać, aż cała banda się pojawi i wtedy z nimi skończyć. Oni również mogli przyprowadzić obstawę, ale nie podejrzewał, żeby udało im się zebrać więcej osób. Takie szajki mimo wszystko lubiły działać w samotności. Mogli liczyć tylko na uczciwość Billa oraz własne umiejętności pojedynkowe. Musieliby zagrać swoją własną kartą przetargową — Victoire — pod warunkiem, że dostałaby się w ich ręce. A do tego doszłoby tylko po trupie Billa.
Szybko dotarł do biura Harry’ego. Nie zdążył nawet zapukać, a drzwi już się otworzyły.
— Wejdź, Bill. Spodziewałem się, że przyjdziesz. 
Mężczyzna zamknął za sobą drzwi i usiadł na krześle przed biurkiem szefa aurorów. Nie czuł się nieswojo. Niewiele osób na świecie mogło sprawić, żeby poczuł się niekomfortowo. Nawet uśmiechnął się lekko, widząc bałagan otaczający Harry’ego — sterty papierów i dokumentów, niektóre z nich leniwie płynące nad biurkiem.
— Czy wiadomo coś nowego w sprawie włamania do Gringotta i wybuchu na Pokątnej?
— Niewiele. Magomedycy ze świętego Munga zbadali skład tego gazu, którego użyli włamywacze. Przyznam, że niewiele zrozumiałem z ich raportu, chociaż miałem mugolską chemię… No mniejsza. — Odsunął na bok część papierów, robiąc puste miejsce na środku biurka, przed sobą. — Wiem tyle, że faktycznie użyli mugolskiej technologii. Ten gaz miał być jedynie zasłoną dymną w razie gdyby ich ucieczka się nie powiodła. Wyszło jednak tak, że jakiś składnik tego gazu zareagował w organizmach niektórych czarodziejów obecnych na Pokątnej. Niektórzy byli na jego obecność bardziej wrażliwi i dlatego zachorowali. Nie jestem specem od magomedycyny… — Rozłożył bezradnie ręce. — Ale tyle się dowiedziałem.
Bill w zamyśleniu pogładził brodę.
— Nie udało wam się jeszcze ich zidentyfikować?
— Niestety nie. Stworzyliśmy portrety pamięciowe tych ludzi, na tyle dokładnie, na ile się dało. Pracownicy Gringotta nie byli zbyt skłonni do współpracy. Poza tym na razie nic nie mamy.
— Ja też się niczego nie dowiedziałem, ale… — Bill zawahał się, po czym sięgnął do kieszeni płaszcza po złożoną na cztery kartkę – list otrzymany przy śniadaniu. Podał go Harry’emu. — Dostałem ten list dzisiaj rano. Musieli mi go wysłać.
Harry przeczytał uważnie wiadomość, marszcząc czoło. Niewiele brakowało, żeby rozzłoszczony prychnął.
— A więc chcą cię szantażować, żeby zyskać księgę? 
— Na to wygląda. Ale nie mają szans dorwać Victoire. Jest w Hogwarcie, nic jej tam nie grozi, nie zdołają jej stamtąd wyciągnąć w żaden sposób. Bardziej się zastanawiam, skąd wiedzieli o jej istnieniu? To nie są publiczne dane.
— Wiesz, nasza rodzina jest na tyle popularna, że mogli o wszystkim przeczytać choćby w gazecie… Nasze dane niby nie są publiczne, ale daj spokój — westchnął Harry. — Wszyscy wiedzą wszystko. Jesteśmy celebrytami czarodziejskiej Anglii.
— Ty w szczególności.
— Nawet o tym nie wspominaj. Czasem mam ochotę zamordować wszystkich fotoreporterów i reportażystów. Mniejsza. Bill, co chcesz z tym zrobić? Będziesz się z nimi układać?
— Chciałem zasadzić na nich pułapkę.
— Myślisz, że się tego nie spodziewają? Dopóki nie mają karty przetargowej, są na straconej pozycji…
— Myślę, że są zbyt zdesperowani, żeby się tym przejmować. Już i tak wiele ryzykowali, wysyłając ten list. Nie mają innej drogi, żeby zdobyć tę księgę. Nie odważą się na kolejną próbę włamania się do Gringotta, bo wiedzą, że teraz bank będzie podwójnie strzeżony. Zrobią wszystko, żeby zdobyć księgę, nawet jeśli będzie to oznaczało wpakowanie się w pułapkę.
— Nadal mam niedobre przeczucia. Wiem, że Victoire jest w Hogwarcie i że pod okiem McGonagall nic jej nie grozi, ale… Po prostu czuję, że oni coś planują. Chyba że naprawdę są szaleńcami i nieświadomie pakują się w sytuację bez wyjścia. Nie, to wszystko śmierdzi. Na pewno chcesz się z nimi spotkać, Bill?
Harry wstał i zaczął chodzić po gabinecie, zamyślając się głęboko.
— Tak. Gdybym wziął ze sobą innych aurorów, moglibyśmy zastawić na nich pułapkę… Chyba że masz inny pomysł. 
— Napisałeś do nich?
— Tak. Zgodziłem się na spotkanie, nie precyzując miejsca ani terminu. Przy okazji rzuciłem na sowę zaklęcie śledzące, więc być może wskaże nam ich kryjówkę. Może cała ta sprawa zakończy się znacznie szybciej i mniej boleśnie, niż sądzimy.
— Chciałbym w to wierzyć. Dobrze, może faktycznie tak będzie najlepiej. Daj mi znać, jeśli się odezwą do ciebie. Sowa jeszcze nie dotarła?
— Nie. Sprawdzałem przed wejściem do ciebie.
— Dokąd leciała?
— W stronę Szkocji.
— Dobrze, zobaczymy… Jeżeli będziesz coś wiedział, natychmiast daj mi znać. Wyślę aurorów, jeśli będzie trzeba. Napiszę też do Minerwy, niech wie, jaka jest sytuacja i ma oko na Victoire.
— W porządku.
— A Victoire… Napisałeś do niej?
— Tak, ale bez szczegółów. Prosiłem, żeby na siebie uważała.
— Dobrze, dobrze… — Harry skinął głową i wreszcie usiadł z powrotem na krześle. Złożył palce w piramidkę. — Myślę, że nie powinniśmy się martwić na zapas. Powinniśmy poczekać na informacje, wtedy zaplanujemy dokładnie całą akcję.
— Jakoś wcale nie czuję się pewniej. Przecież mogliby nawet mieć jakiegoś wspólnika w Hogwarcie, który może rzucić na Victoire zaklęcie, mogą ją otruć, mogą uprowadzić podczas wyjścia z Hogsmeade…
Harry poklepał go pocieszająco po ramieniu, choć sam wcale był spokojny. A jeżeli obaj mieli złe przeczucia… To zdecydowanie nie wróżyło zbyt dobrze.
— Nie wymyślaj czarnych scenariuszy. Jeśli chcesz, mogę wysłać dwóch aurorów do Hogwartu, żeby mieli oko na to, co się tam dzieje.
— Najchętniej sam bym tam pojechał.
— Wiem, Bill, ale jesteś potrzebny tutaj.
— Wiem. Wyślij aurorów.
Harry skinął głową i zajął się skrobaniem szybkiej notatki, w którą następnie stuknął różdżką, mamrocząc pod nosem jakieś nazwisko, którego Bill i tak nie zrozumiał. Tymczasem on sam sięgnął po swój magiczny patyk i machnął nim, wymawiając w myślach zaklęcie. Koniec różdżki zalśnił błękitnym światłem, po czym nad biurkiem Harry’ego ukazała się rozmazana plama, która po paru sekundach stała się wyraźniejsza. Trochę przypominała lustro weneckie. Poprzednio pokazywała szkockie pustkowia, a teraz widok się zmienił — na wnętrze jakiegoś pubu.
— Aberdeen. Sowa doleciała do pubu w Aberdeen.
— Jesteś pewny?
— Tak.

Wypytali dyskretnie barmana o osoby, które ostatnio wynajmowały pokoje w jego lokalu. Wskazał sześciu, z czego czwórka już opuściła hostel. Dzięki delikatnej perswazji aurorów zgodził się na pokazanie im wszystkich pokoi. W jednym z nich siedziało starsze małżeństwo, które z niepokojem wyjrzało za drzwi w odpowiedzi na głośne pukanie Harry’ego. Nie pasowali do rysopisu, ale na wszelki wypadek jeden z aurorów rzucił na nich zaklęcia demaskujące, podczas gdy Harry zajmował starszą parę rozmową.
W pozostałych pokojach nie znaleźli nic poza siedzącą na parapecie sową, tą samą, która pojawiła się rano w domu Billa. Przestała czyścić piórka i spojrzała na nich pogardliwie, jakby wiedząc, po co tu przyszli. U jej nóżki nie było już listu.
— Myślisz, że wiedzą, że ich śledzimy? — spytał cicho Bill.
— Nie mam pojęcia — odparł Harry. — Ale nie sądzę, a nawet jeśli, to nie mają całkowitej pewności. Przecież zaklęcia śledzące nie są wykrywalne. Myślę, że są po prostu aż nadto ostrożni i po odebraniu listu się ulotnili.
— Wcale mi się to nie podoba.
— Mnie też nie, Bill, mnie też nie.

Ech, wiem, że spaprałam sprawę i rozdział miał być już całe wieki temu, ale dopiero teraz udało mi się go dokończyć. Średnio mi się podoba, może dlatego, że dość ciężko się go pisało. Mam nadzieję, że z kolejnymi będzie lepiej i pójdą szybciej, ale tym razem nie mogę obiecać, że za dwa tygodnie coś będzie.

3 komentarze:

  1. No, widze, ze to grubsza sprawa. Troche sie boje o Victoire. Co to za książka, ze tak tym złodziejom zalezy? Zastanawia mnie, po co wlascwie czarodzieje mieliby robic portrety pamięciowe, jesli mogą używacie mysloodsiewni ;D podoba mi sie, jak Harry i Bill szybko i profesjonalnie zabrali sie do roboty, super
    mam nadzieje, ze Tedd niedługo znajdzie kartę króla Pik. Ciekawe, co z tego wyniknie :p na końcu uwaga: szczerze mówiąc, denerwują mnie wtrącenia w nawiasach, wybijają z rytmu

    OdpowiedzUsuń
  2. Victoire zdecydowała się na zostawienie karty. Ciekawie będzie jak znajdzie ją Ted.
    Zastanawia mnie do czego złodziejom jest potrzebna ta książka, że chcą ją odzyskać. I do czego się jeszcze posuną. Już zaszantażowali Billa. Teraz pewnie będą chcieli przedostać się w okolice Hogwartu, żeby skrzywdzić Victoire.
    Dobrze, że Harry i Bill zajęli się tą sprawą. Może szybko ich wszystkich znajdą.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział jest świetny!
    Wgl zdawało mi się,że go komentowałam, ale to może tylko wytwór mojej wyobraźni ;)
    Zastanawia mnie ta książka i w jaki sposób będą chcieli porwać Victorie. Ciekawi mnie jak Ted znajdzie tą kartę i kiedy rozwinie się między nimi jakaś akcja.
    Czekam na kolejny i weny :*
    ~gwiazdeczka

    OdpowiedzUsuń