poniedziałek, 30 stycznia 2017

4. Książę na białym koniu

Obudziła się z pulsującym bólem głowy. Najpierw pod jej powieki wdarła się oślepiająca jasność, a ledwo się do niej przyzwyczaiła, została zaatakowana przez kolory. Jeszcze nie rozróżniała żadnych kształtów, wszystko się zlewało w nieostre plamy. Podobnie było z dźwiękami, brzmiały tak, jakby znajdujący się na sali ludzie mówili w obcym języku, a nie po angielsku.
— Najlepiej się nie ruszaj, wtedy będzie mniej boleć.
Zrozumiała tylko to zdanie, dochodzące jakoś z prawej strony. Głos, który je wypowiedział, nie brzmiał znajomo, a więc zapewne ktoś leżał na sąsiednim łóżku. Gdy tylko widok otoczenia się jako tako ustabilizował, Victoire spojrzała w tamtą stronę i ujrzała młodą kobietę przyglądającą jej się z wyraźną ciekawością. Wyglądała na jakieś dwadzieścia kilka lat, przynajmniej tyle blondynka wywnioskowała po zobaczeniu jej twarzy okolonej krótkimi, brązowymi włosami.
— Uch… — jęknęła, próbując się podciągnąć na łóżku i usiąść w jakiejś normalnej pozycji. Wszystko ją jednak bolało, więc musiała z tego zrezygnować. Leżała więc nadal, wbijając wzrok w brudny sufit, przyozdobiony czarnymi plamkami. — Gdzie ja jestem? 
— Szpital świętego Munga. Prawdopodobnie przydarzyło ci się to samo co mnie. Byłaś na Pokątnej rano, prawda?
— Tak, ale…
— W takim razie to wszystko przez tę przeklętą bombę dymną. — Głos kobiety przez chwilę zabrzmiał ostro, ale może Victoire się tylko wydawało. Wciąż była osłabiona i nie do końca kojarzyła fakty. Była na pewno rano na Pokątnej. Pamiętała wybuch pod Bankiem Gringotta, a potem szybką ewakuację wraz z Teddym do domu Potterów. Potem się zaczęła źle czuć i musiała zemdleć… — Jakieś świństwo musiało się dostać do naszych organizmów. To dość ciekawe, bo nie wszyscy, którzy byli wtedy na Pokątnej, się tak źle czują. Tylko wybrańcy.
Tylko wybrańcy?, pomyślała w oszołomieniu. Czy w takim razie z Teddym wszystko w porządku? Z Dom? Z jej ojcem? Z pozostałymi członkami rodziny? Może jeszcze ktoś z nich znalazł się w szpitalu, tak jak ona?
— Dlaczego?
— Podejrzewam, że w tym gazie było jakieś mugolskie świństwo — odparła ze złością kobieta. — Pracowałam kiedyś jako uzdrowicielka i trochę się tym interesowałam. Mugole mają zupełnie inną medycynę i inaczej reagują na choroby niż my… To w sumie ciekawe, ale nie do końca to rozumiem. W każdym razie odkryli coś, co nazwali wirusami…
— Och, tak? — spytała Victoire bardziej z grzeczności niż z prawdziwego zainteresowania.
— No. Wiesz, to takie małe istotki białkowo-lipidowe…
— Co z nimi?
— Podejrzewam, że dodali je do gazu. Albo coś w tym stylu. Możliwe też, że to była jakaś specyficzna substancja reagująca tylko z wybranymi grupami krwi…
— Kto dodał?
Victoire zmarszczyła brwi i spojrzała na kobietę. Wyglądała na złą i jednocześnie bardzo pewną siebie.
— No ci, którzy się włamali do Banku.
— Ach.
— Mugolskie teorie mogą być bardzo ciekawe, no chyba że samemu pada się ich ofiarami. — Sąsiadka Victoire zamilkła na chwilę, po czym odezwała się ponownie, jakby wyczuwając niepokój dziewczyny: — Nie sądzę jednak, żeby to było cokolwiek poważnego. Myślę, że wyjdziemy z tego bez szwanku, nie martw się. Wezwać uzdrowiciela?
— Nie, dziękuję, nie trze… trzeba — odparła blondynka, próbując ponownie usiąść w jakiejś normalnej pozycji. Tym razem jej się to udało, choć całe ciało odzywało się piekielnym bólem. — Ufff.
— Nie powinnaś była tego robić tak wcześnie.
Kobieta spojrzała na nią ze współczuciem; Victoire teraz przynajmniej doskonale widziała jej drobną twarz oraz poważne, zielone oczy. Miała w sobie coś z kota.
— Musiałam usiąść — przyznała Victoire. — Ale gdy przyjdzie uzdrowiciel, na pewno poproszę go o jakiś eliksir przeciwbólowy.
Jej sąsiadka skinęła głową, po czym poprawiła sobie poduszki, żeby skierować się bardziej w stronę Victoire. Zrzuciła przy tym nieco kołdrę, ale to najwyraźniej jej to nie przeszkadzało.
— Przepraszam, chyba nie miałam okazji się przedstawić. — Gdyby mogła, wyciągnęłaby rękę do dziewczyny, zamiast tego rzekła tylko: — Jestem Jade Marcelyn.
— Vi…
— Victoire! Obudziłaś się wreszcie! — zawołał od drzwi jakiś znajomy głos i blondynka odruchowo spojrzała w jego stronę. Momentalnie się uśmiechnęła, widząc chłopaka o turkusowych włosach. Trzymał w jednej dłoni kubek z kawą — Victoire się zastanowiła, jak długo był na nogach.
— Teddy!
Widząc ją całą, chłopak odetchnął z prawdziwą ulgą i podszedł do łóżka dziewczyny. Jego włosy zmieniły kolor na nieco jaśniejszy, przez ułamek sekundy były różowe.
Metamorfomagia?, zastanowiła się Jade. Teddy… Victoire… Nagle pewna myśl zaświtała w mózgu kobiety. Czyżby to możliwe, żeby dziewczyna nazywała się Victoire Weasley? Córką tego Billa Weasleya? Wydawało jej się to zbyt dużym zbiegiem okoliczności, ale jeżeli miała rację… Cóż, może jeszcze nie wszystko stracone.
Gdyby nie wyglądało to zbyt podejrzanie, roześmiałaby się szaleńczo.

Pierwszego września Victoire wracała do Hogwartu pełna obaw. W kieszeni jej bluzy tkwiły obie Karty Przeznaczenia, Dama Kier i Król Pik. Zgodnie z zapowiedzią tajemniczej właścicielki sklepu, żadne z nich się nie poruszało, choć Victoire oglądała je nieskończoną ilość razy. Miała pewność, że spakowała wszystko do kufra, gdyż przetrząsnęła jego zawartość już ze trzy razy, w jej duszy wciąż jednak kiełkował niepokój. Nie do końca wiedziała, z czym to ma związek, dopóki na peronie 9 i ¾ zobaczyła Teddy’ego Lupina.
Chłopak stał nonszalancko tuż przy jednej z kolumn znajdujących się na peronie. Trzymał dłonie w kieszeniach i z czegoś się śmiał. Jego włosy miały turkusowy kolor, jak zwykle zresztą. Obok niego Victoire dostrzegła Andromedę, jego babkę, oraz Harry’ego, który dla niej był wujem, a dla niego praktycznie ojcem.
W niewytłumaczalny sposób dostrzegł Victoire w tłumie. Ich spojrzenia zetknęły się na krótką chwilę, podczas której Teddy obdarzył dziewczynę szerokim uśmiechem. Pomachała do niego i odwróciła się, by dołączyć do swojej rodziny. Rodzice żegnali się już z Dominique, prosząc ją, żeby pisała do nich listy. Victoire również została obdarzona kilkoma całusami (matka), silnym uściskiem (ojciec) oraz lizakiem (Louis). Przyrzekła, że będzie się do nich odzywać tak często, jak się da, choć uważała, że jej sowa nie będzie z tego powodu za bardzo szczęśliwa.
— Do zobaczenia na święta, Vic — pożegnał ją Bill. Przytulająca się do niego Fleur płakała i musiała wyciągnąć chusteczkę. — Pamiętaj, ucz się dobrze i pisz do nas często!
Skinęła głową. Wraz z Dominique pomachały rodzince i odeszły w stronę ekspresu. Młodsza z sióstr z sapnięciem wpakowała się do środka po wąskich schodkach, po czym wspólnie z Victoire wtaszczyła do środka pierwszy z kufrów. Po tej operacji Victoire spojrzała na swój własny bagaż (kufer oraz klatka ze śnieżną sową) i uznała, że chyba jej nie starczy sił na wniesienie go do pociągu. Niestety nie miała pojęcia, co zrobiła z własną różdżką — prawdopodobnie wrzuciła ją w otchłań kufra — więc nie mogła sobie zaklęciem ułatwić sprawy.
— Daj, pomogę ci. Wskakuj do środka.
Teddy pojawił się w samą porę, zupełnie niczym książę na białym koniu ratujący swoją królewnę. Podał Victoire dłoń i pomógł jej wejść do ekspresu, a potem wniósł do środka również klatkę oraz kufer.
— A ty nie masz bagażu? — spytała go dziewczyna, zakładając włosy za ucho. Trzymała w dłoni klatkę; jej kufer ciągnął Teddy.
— Mam, ale już w pociągu. Zostawiłem go w przedziale i jeszcze wyszedłem na peron. Miałem jeszcze czas. Zostało jeszcze dziesięć minut do odjazdu pociągu, więc nie musiałem się spieszyć.
— Och. Dziękuję, Teddy.
— Nie ma za co. Poradzisz już sobie sama?
— Tak, dzięki.
— W porządku. To do zobaczenia później! — rzucił i już go nie było. Tymczasem Victoire została sama z kufrem, klatką oraz pałającymi policzkami.
Jak zwykle w jego obecności nie mogła powstrzymać rumieńców oraz nerwowości. Naprawdę się dziwiła, że tego nie zauważył. Zwrócił tylko uwagę na jej zachowanie, ale nie dostrzegał już drobnych szczegółów, z których ktoś bystry mógłby wywnioskować, jak bardzo jej na nim zależało. Nie wiedziała, czy to działa na jej korzyść, czy niekorzyść, bo z jednej strony nie chciała, żeby Teddy się dowiedział o jej uczuciu, a z drugiej strony miała już serdecznie dosyć tego, że traktował ją jak siostrę. Ukrywanie emocji potrafiło nużyć.
Okej, upomniała samą siebie. Czas zachowywać się jak dorosła dziewczynka, a nie jak zakochana w swym księciu małolata.
— Hej, Victoire! — zawołała do niej z końca wagonu Ariana, niska i pucułowata szatynka. — Dołączysz?!
— Tak, już idę! — odkrzyknęła blondynka i ruszyła do przodu, w stronę przedziału zajętego przez przyjaciółkę. W środku siedział już chłopak Ariany, Gilbert, z którym się zeszła pod koniec ubiegłego roku. Victoire nie znała go zbyt dobrze, ale miała już okazję się przekonać, że był dość sympatyczny. — Cześć, Gilbert.
— Witaj, Victoire. Słyszałem, że znalazłaś się w szpitalu… Wszystko w porządku? — spytał ciepło chłopak, podnosząc się z miejsca i pomagając jej w umieszczeniu kufra na półce. — Mam nadzieję, że nic ci się nie stało.
— Wszystko w porządku, dzięki.
— Vi, musisz mi wszystko ze szczegółami opowiedzieć! — zawołała Ariana, siadając na miejscu obok okna, naprzeciwko Gilberta. — Nie odpisywałaś na moje listy, a jestem przekonana, że to, co wypisują w brukowcach, jest nieprawdą… Co się wydarzyło na Pokątnej?
Blondynka opadła na miejsce koło przyjaciółki.
— Sama do końca nie jestem pewna — przyznała wreszcie. — Wiem tylko trochę od ojca i Teddy’ego. Niewiele widziałam. Po prostu szłam ulicą. Zobaczyłam moją rodzinę… A potem nagle rozległ się huk. Wszystko utonęło w dymie. Chyba poleciałam na odłamki szkła z okien. Potem Teddy zabrał mnie do domu wujostwa. Tam zemdlałam. Obudziłam się w szpitalu.
Wzruszyła ramionami.
— I nie wiesz, kto to spowodował? — spytała Ariana. — W sensie… Skąd ten huk?
— Ojciec mówił, że ktoś się próbował włamać do Banku Gringotta. Nie powiodło im się, zostali wykryci, więc jako zasłonę użyli bomby dymnej. Prawdopodobnie przez coś, co znajdowało się w tym dymie, znalazłam się w szpitalu. Nie wiem. Nie rozumiem tego, że poza mną nikt z mojej rodziny nie zachorował… Tylko ja.
— Może zatrułaś się czymś wcześniej?
— Myślałam o tym, Gilbert, ale nie sądzę. Po wydarzeniach na Pokątnej w szpitalu znalazło się poza mną więcej osób. Wszystkie z tego samego powodu. Po prostu… No nie wiem, byliśmy wrażliwsi na jakiś składnik dymu?
— Możliwe — zgodziła się szatynka.
W tej samej chwili usłyszeli gwizd i po paru sekundach pociąg ruszył. Z łoskotem wyjechał ze stacji, a jakiś czas później również z Londynu i wytoczył się na jeszcze zielone pola.
— Merlinie, ale zgłodniałam przez to wszystko — westchnęła Victoire. — Chyba wepchnę w siebie dużą ilość słodyczy.
Ariana roześmiała się.
— Chyba musisz trochę poczekać. 
— Zmieniając temat: jak wy spędziliście wakacje?
— Cóż, pojechaliśmy razem do Włoch. — Szatynka zarumieniła się uroczo. — Na dwa tygodnie. Wiesz, Rzym, Wenecja, Mediolan, Florencja… Wszystkie te miasta, którymi mugole się tak zachwycają. No ale nie mogę im tego nie przyznać, bo sama się w nich zakochałam. Potem to już siedzieliśmy w Anglii, nic specjalnego.
— Może poza tym, że spędziłaś kolejne dwa tygodnie w moim domu — zauważył Gilbert, śmiejąc się. — I wyjadłaś mi pół lodówki. Widzisz, z jakim żarłokiem ja żyję? Merlinie, dlaczego nie grzmisz? Zresztą chyba obie jesteście siebie warte.
— Dzięki!
Roześmiali się już wszyscy. Dobry humor powrócił do Victoire; zresztą w towarzystwie obojga czuła się zawsze naprawdę swobodnie. Zupełnie jakby wszystkie troski w magiczny sposób zniknęły.
Milczeli przez jakiś czas, każde z nich pogrążone we własnych rozmyślaniach. Ariana usiadła obok Gilberta, który ją objął. Zaczęli cicho rozmawiać, podczas gdy Victoire wyglądała przez okno. Krajobraz przesuwający się przed jej oczami szybko stał się jednostajny. Co prawda czasem przewinęły się jakieś chaty, ale poza nimi blondynka widziała tylko i wyłącznie pola — pasy zieleni przeplatane połaciami złota oraz brązu. Zdarzało się, że zalśnił warkocz rzeki albo jakieś jezioro. W oddali majaczyły góry. Uroda Szkocji była dość posępna.
— A więc, Vi, twierdzisz, że Teddy cię uratował niczym rycerz na białym koniu? — odezwała się wreszcie głośno Ariana, opierając podbródek na dłoni. — To brzmi strasznie romantycznie!
— Nie przesadzaj… Pomógł mi, to wszystko. Zawsze mi pomagał.
— Nadal cię traktuje jak siostrę?
— Tak. Tylko… Mieliśmy sprzeczkę. No dobra, pokłóciliśmy się. Prawie mu wszystko wypaplałam. Próbowałam go unikać, bo jego podejście zaczęło mnie irytować. Wystraszyłam się, że w końcu dostrzeże moje uczucia. I… — skrzywiła się — zwiałam. Wycofałam się. Chyba to zauważył. No a potem… Nie wiem. Siedział przy mnie w szpitalu. Przez cały czas, jak byłam nieprzytomna. Potem wszedł do tej sali… i… i… i się uśmiechnął… I to mnie przeraziło.
— Vi, jesteś w nim beznadziejnie zadurzona!
Ariana klasnęła w dłonie z zachwytem. Była niepoprawną romantyczką i zawsze interesowała się historiami miłosnymi. Nic też dziwnego, że starała się wyswatać Victoire — najpierw z paroma chłopakami z ich domu, choć bez powodzenia, a potem z Teddym Lupinem. Jej wysiłki jak na razie spełzały na niczym, gdyż dziewczyna nie chciała szczerze z nim porozmawiać, a on był ślepy na uczucie przyjaciółki.
— W kim jesteś beznadziejnie zadurzona?
Victoire jak oparzona odwróciła się w stronę wejścia do przedziału, w którym stał obiekt ich rozmowy, beztrosko opierając się o drzwi. Jego turkusowe włosy pozostawały w nieładzie, a blondynka zwalczyła chęć podejścia bliżej i zanurzenia w nich dłoni. Jego uśmiech jak zwykle sprawił, że zmiękły jej nogi. Za wszelką cenę unikała jego wzroku.
— W…
— Nikim!
Miała tyle przytomności umysłu, żeby wejść Arianie w słowo. Przyjaciółka chyba zrozumiała, o co chodzi, gdyż posłusznie zamknęła usta.
— Chyba jednak coś ukrywasz — zacmokał z pobłażaniem, po czym wszedł do przedziału.
— Mówiłam ci, że będziesz ostatnią osobą, której zacznę się zwierzać.
— Oho, wracamy do tamtej kłótni?
— Tak!
Teddy spojrzał na nią uważnie i na chwilę w jego oczach pojawiło się dziwne światło, jakby przyszła mu do głowy jakaś myśl. Uniósł kącik ust w uśmiechu, siadając na wolnym miejscu po stronie Victoire. Zachował jednak stosowny odstęp, nie chcąc jej prowokować. Wiedział wystarczająco dużo na temat jej porywczego charakteru.
Dopiero Ariana zdecydowała się na przerwanie tej niezręcznej ciszy.
— Hej, Teddy, jak ci minęły wakacje?
— Całkiem dobrze, dziękuję. Nie mogę narzekać. Byłem przez większość czasu u babci.
Victoire czuła, że jej twarz powoli odzyskuje normalny kolor. Dotychczas wściekle się rumieniła i była pewna, że nie umknęło też to uwadze jej towarzyszy. Żałowała, że nie może bardziej panować nad sobą. Jak na razie się w niej aż gotowało.
Przewróciła oczami i ponownie odwróciła wzrok. Mimo wszystko pola wydały jej się w tej chwili znacznie ciekawsze.
— Vi? 
Dźgnięcie w bok oraz ten głos przywołały ją do rzeczywistości.
— Zachowujesz się jak stara, sfochana panna — stwierdziła Ariana, zakładając ręce na piersiach. — Idźcie porozmawiać i przestańcie się w końcu unikać. W szczególności ty, Victoire!
Posłała przyjaciółce wzrok oznaczający: „Zabiję cię, gdy tylko wrócę”, ujęła jednak rękę Teddy’ego i dała się pociągnąć na korytarz. Teddy prowadził ją pewnie, a jego dłoń była nadzwyczaj ciepła.
Weszli do opuszczonego przedziału znajdującego się praktycznie na samym początku pociągu, unikanego przez uczniów zapewne z powodu bliskości nauczycieli. Oni przynajmniej mieli tutaj chwilę spokoju. Teddy przepuścił Victoire przodem i zamknął za sobą drzwi przedziału. Po tym usiadł na jednym z siedzeń, naprzeciwko zestresowanej nagle blondynki.
— Wiem, że nie chcesz ze mną o tym rozmawiać — zaczął. — Ale może jednak powiesz mi, co cię trapi? Czy mogę ci jakoś pomóc?
— Nie możesz.
— Naprawdę nie rozumiem, co w ciebie wstąpiło!
— Nic.
Nadal unikała jego wzroku, więc wyciągnął dłoń i delikatnie ujął podbródek dziewczyny. Uniósł go tak, by wreszcie na niego spojrzała. Zobaczył w jej oczach pokłady zmartwienia, strachu i czegoś jeszcze, czego nie mógł zidentyfikować. Przesunął dłoń na nasadę karku blondynki, zahaczając palcami o kilka kosmyków, które się wyswobodziły z ciasnego koka.
— Przepraszam — szepnął. — Mam dosyć kręcenia się w kółko. Powiedz mi, o co chodzi. Proszę.
— Nie mogę.
— Dlaczego nie?
— To skomplikowane… — wyznała, zanim dopadł ją atak płaczu i łzy zaczęły spływać po jej twarzy.
— Nie wiem, co się tam wykluło w tej twojej ślicznej główce — westchnął, wycierając szybko jej policzki. Złożył delikatny pocałunek na czubku jej głowy. — Nie chcę po prostu, żebyś się martwiła. Zwłaszcza jeśli to ma związek ze mną. Wiesz, gdybyś mi powiedziała wprost, wszystko byłoby łatwiejsze. Razem byśmy znaleźli rozwiązanie.
— Z tym nie da się nic zrobić. 
Wyrwała mu się.
— Vi…
— Po prostu… Argh! Nie chcę, żebyś traktował mnie jak młodszą siostrę, rozumiesz?! — A jednak nie wytrzymała. — Doprowadza mnie to do szału.
Uniósł brew, patrząc na dziewczynę z niedowierzaniem. To ją najbardziej zabolało.
— Ale…
— Nieważne, zapomnij, że cokolwiek powiedziałam. Na razie, Teddy.
Zniknęła.

Heh, przepraszam Was za opóźnienie, całkowicie zapomniałam, że miałam dać rozdział w piątek! Zbyt dużo się ostatnio działo. Nowy rozdział będzie w okolicy 18.02. Jeszcze go nawet nie ruszyłam, bo póki co skupiam się na Tańcu. Pozdrówki!